pierwsza setka, moje pierwsze 100 km ‚doskonałe dobro’ wspominki

Mam takie wrażenie że liczna 100 robi wrażenie :). Nawet opis na Wikipedii: „100 (sto) – liczba naturalna następująca po 99 i poprzedzająca 101 – nie wpadł bym na to ;). Kilka ciekawostek o liczbie 100:

100 jest kwadratem sumy czterech pierwszych liczb naturalnych (1 + 2 + 3 + 4)2

100 jest sumą pierwszych dziewięciu liczb pierwszych (2 + 3 + 5 + 7 + 11 + 13 + 17 + 19 + 23)

100 stopni w skali Celsjusza to temperatura wrzenia wody na poziomie morza

Liczba sto uchodziła w kręgach hellenistycznych, za liczbę doskonałą, oznaczającą ‚doskonałe dobro’.

To wszystko nie ma większego znaczenia, dla nas cyklistów. Za to 100 przejechanych kilometrów znaczenie już ma, a pierwsze 100 km ma ogromne znaczenie. To prawdopodobnie pierwsze wyzwanie i trudny cel jaki stawiają sobie i przed sobą rowerzyści amatorzy. Czy rzeczywiście jest to wyzwanie? To zależy, jak zawsze… od wielu czynników.

Moje pierwsze 100 km, wbrew pozorom nie było tak dawno temu, bo i od relatywnie niedawna rower jest moja wielka pasja i życiowym kołem ratunkowym. Moja przygoda na poważnie, z rowerem zaczęła się około 6 lat temu, gdy kupiłem rower na dojazdy do pracy, a pierwsze sto kilometrów przejechałem około 5 lat temu. Pamiętam to jednak jak by to było wczoraj, pewnie dlatego że była to trasa pełna moich błędów.

A to było tak…

Była sobota, jedna z tych ciepłych letnich sobót, z zachmurzonym niebem. Moja córka pojechała do babci, wiec miałem kilka godzin na rower. Jedząc śniadanie przeglądałem stronę Kruka i planowałem gdzie pojechać tym razem.  Na witrynie Kruka (już chyba niestety nie istnieje) były dokładne opisy tras w okolicach Lublina. Szukałem czegoś ciekawego i trochę dłuższego. Były to czasy gdy już regularnie jeździłem na rowerze robiąc trasy maksymalnie po kilkadziesiąt kilometrów. Natknąłem się na trasę do „Źródła Bystrzycy” która przebiegała głownie terenami leśnymi. Bystrzyca to największa rzeka w Lublinie, wiec tym ciekawsze wydała mi się możliwość eksploracji jej źródła i sprawdzenie/dowiedzenie się gdzie ma swój początek.

Jak to się zaczęło.

Śniadanie zjedzone, mapa wydrukowana, koła napompowane, bidony zalane wodą jeden z miodem (to prawdopodobnie uratowało mi życie), więc jadę.

Do dyspozycji miałem rower Cannondale CAD 900  świetna maszyna, bo sam złożyłem :). Wyruszyłem przed godzina 10, trasa jaką miałem pokonać w jedna stronę to około 51 km, więc tam i z powrotem miało to być 100 km, moje pierwsze 100 km, byłem pełen ekscytacji że pierwszy raz zobaczę trzycyfrową wartość w dystansie na liczniku. Nie przygotowywałem się do tego jakoś specjalnie, po prostu jeździłem na rowerze. Nie postawiłem sobie limitu czasowego, miała to być przede wszystkim dobra zabawa i pierwsza setka. Połowę trasy znałem dobrze gdyż przebiegała ona w okolicach Zalewu Zemborzyckiego czyli chyba najpopularniejszego rowerowo miejsca w Lublinie. Druga połowa w większości miała przebiegać przez bezdroża i lasy i rzeczywiście tak to wyglądało. Było pięknie, endorfiny sięgały zenitu to jedna z bardziej malowniczych tras którą wtedy miałam okazje przejechać.

Niestety jedyny opis trasy jaki miałem był drukowany i w praktyce wyszło tak że, co kilka minut musiałem się zatrzymywać aby nawigować i czytać trasę którą mam jechać, gdyż jechałem tak trochę w nieznane. Kilkukrotnie pomyliłem trasę, za wcześnie lub za późno skręciłem. Trasa którą jechałem co chwile odbijała lub przybliżała się do rzeki Bystrzycy, wyglądało to jak bym jechał wzdłuż niej czasem ja przecinając, bliskość rzeki i dzikość terenu dodawały smaku i uroku tej przygodzie. Jedna z nawigacyjnych pomyłek wyprowadziła mnie na łąki, którymi przeciacham kilka kilometrów, niestety okazało się że już dawno powinienem być po drugiej stronie rzeki. Szukałem miejsca gdzie mógłbym się przeprawić i odnalazłem zwalone drzewo, po którym postanowiłem się przeprawić, przechodząc po nim i opierając się rowerem o grunt. Ufff udało się.

Wróciłem na właściwe tory i jazda dalej, na chwile wyjechałem na asfaltową szosę przy której miało być poszukiwane przeze mnie miejsce docelowe, Źródło Bystrzycy. Niestety nie mogłem znaleźć zjazdu na źródło, chwile krążyłem z opisem trasy w ręku aby je odnaleźć, na szczęście po kilku minutach się udało i oto ono…

Źródełko może nie wygląda zbyt okazale, ale jest to bardzo urokliwe miejsce. To co widać na zdjęciu to rozlewisko, obok którego jest niewielki strumyk wody wybijający spod ziemi i dający początek dość sporej rzece Bystrzycy.

Jak tak opisuje dla Was tą trasę, to mam ochotę wyłączyć kompa i tam pojechać, eee nie mogę tak, pojadę jak skończę wpis, muszę się starać o to aby doprowadzać do końca to co zacząłem robić, ahh ta moja niespokojna dusza :). Posiedziałem chwile nad rozlewiskiem, nabrałem wody do bidonu i na szczęście zrobiłem kilka zdjęć, dzięki temu mogę się nimi z wami teraz podzielić. Nie byłem zmęczony, miałem przejechane dopiero trochę ponad 50 km. Czas wracać, plan miałem taki, że wrócę tą samą trasą którą przyjechałem. Szło jak po sznurku, nogi kręciły, pogoda była niezła, oczywiście jazda pod wiatr, trafiłem na łąkę, która dojechałem do zwalonego drzewa przez które tego dna już raz się przeprawiłem, cóż mogło pójść nie tak? Oczywiście wszystko i równo w połowie przeprawy straciłem równowagę, rower zapadł się trochę w mule rzecznym i wpadłem do rzeki. Na szczęście kocim ruchem w ostatnim monecie udało mi się wybronić i wylądowałem na nogach, skąpany do pasa, prawdopodobnie ratując dzięki temu mój telefon przed śmiercią poprzez utopienie, buty i spodenki nie miały tyle szczęścia i znalazły się pod wodą. No nic, tak widocznie miało być, po tej przygodzie zdecydowałem jednak że powrót do domu będę kontynuował drogami asfaltowymi aby było szybciej. Zatrzymałem się na przystanku aby wylać wodę z butów, mimo to ważyły one dwa razy tyle co zwykle, no i te mokre gacie, ehh. Zaczął mi doskwierać brak energii, związany ze złym moim przygotowaniem do wyprawy, nie zabrałem nic do jedzenia ze sobą, jedynie chyba ten miód z woda w jednym bidonie mnie ratował. To bardzo ważne nie popełniajcie tego błędu. Potęgowało to bardzo trudy jazdy powrotnej. Po kilku godzinach moja droga powrotna zakończyła się i dodarłem do celu, do domu, przemoczony, wychłodzony, głodny. Najbardziej ucierpiała na tym nasza lodówka którą opróżniłem zjadając z niej dosłownie wszystko, oczywiście zostawiłem światło :). Bylem ogromnie szczęśliwy z tego wypadu, odwiedziłem piękne miejsce, pokonałem piękną trasę, pełną przygód i zrobiłem pierwsze w życiu 100 km na rowerze.

Czy polecam?

Oczywiście polecam, zachęcam, nakazuje Wam spróbować przejechać rowerem 100 km, ale tylko pod warunkiem że czujecie się na siłach. Jeśli jesteście aktywni fizycznie i korzystacie z roweru kilka razy w tygodniu, nie powinno to dla Was być problemem. Na pewno nie dla Waszych nóg, większe problemy mogą pojawić się w okolicach pleców, rąk lub siedzenia. Podejdźcie do tego dystansu rozsądnie, a jestem przekonany że 100 km pęknie. Przejedzcie wcześniej kilka tras po kilkadziesiąt kilometrów, aby przyzwyczaić wasze ciało do takiej pozycji, przy tempie 20km/h spędzicie na rowerze 5 godzin, warto o tym pamiętać. Sprawdźcie prognozę pogody, setka w deszczu lub przy silnym wietrze może nie być przyjemna i bardzo męcząca. Przygotujcie też swoje zaplecze w postaci prowiantu i wody, lub izotoników szczególnie w gorący dzień. Jeżeli nie macie doświadczenia w żywieniu na długach dystansach to zalecam jedzenie co 45 minut i picie co 30 minut, polecam na początek banany, to źródło łatwo przyswajalnych węglowodanów. Jak poczujecie głód lub pragnienie to może oznaczać, że jest już za późno i z tym odczuciem pozostaniecie do końca trasy i to będzie najniższy wymiar kary dla Was, dużo gorzej będzie jak odetnie wam prąd :(. Pamiętajcie o tym, reszta to czysta przyjemność jazdy. Korzystajcie też z lokalnych sklepików u Marysi lub innej Krysi produkty w nich często są od lokalnych producentów i są dużo pożywniejsze i smaczniejsze niż w marketach.

Możecie skorzystać też z którejś z rowerowych imprez rodzinnych, wspólna jazda w grupie będzie dodatkowa motywacją do pokonania tego dystansu, a organizatorzy często zapewniają wyżywienie i napoje na trasie. Nie ważne gdzie, ważne abyście stawiali sobie cele rowerowe i dążyli do ich realizacji, mam nadzieje że ten wpis podniesie część z Was z kanapy i pozwoli Wam mądrze podejść do tematu przejechania swojej pierwszej setki rowerem. Tylko zróbcie to mądrze plis. Jazda długich dystansów ma jeden pozytywny minus, uzależnia, po pierwszej setce każda kolejna nie będzie już wyzwaniem, a jedynie przybliżeniem Was do tego że stanie się to Wasz dystans minimum, a nie maksimum i tego Wam życzę.

Dodaj komentarz