DO NOT TRY THIS AT HOME czyli Rapha 500

DO NOT TRY THIS AT HOME czyli Rapha 500

18 lutego 2017 0 By marek

STARVA to aplikacja wykorzystująca GPS do zapisywania danych o naszych treningach. W grudniu oferuje ona 4 chellenge:

December Distance Challenge – How far can you ride this month?

December Gran Fondo – Go for a 100km ride for a unique finisher’s badge.

December Climbing Challenge – Climb 7,500 m this month for a unique finisher’s badge.

Rapha Festive 500 – Eight days. 500km. Give your legs the best gift this holiday season with the Rapha #Festive500

Nigdy nie korzystałem ze STRAVY, więc zacząłem i od razu od wyzwania Rapha Festive 500.

Wyzwanie Raphy polega na przejechaniu 500 km miedzy wigilią 24.12 a Nowym Rokiem 31.12, czyli mamy 8 dni, co średnio daje 62,5 km jazdy dziennie, przy w większości nie sprzyjających warunkach, przynajmniej dla osób mieszkających w Polsce. Okres Świąteczny to czas który poświęcamy przede wszystkim rodzinie, również pogoda i długość dnia nie zachęcają i nie sprzyjają jeździe rowerem. Ja na szczęście rodzinę mam super wyrozumiałą, która podziela moja rowerową pasje i często nakręca się tak samo jak ja, na moje rowerowe pomysły, co nie tylko nie przeszkadza, a jest super wsparciem, a pogoda hmmm przecież zawsze jest jakaś pogoda. Do wyzwania dodałem się na tydzień przed startem i od tamtej chwili z moimi dziewczynami zaczęliśmy planować: ile w każdy dzień muszę przejechać kilometrów, gdzie pojadę, jak się ubiorę, o której mam startować, na którym rowerze, oczywiście prognozę pogody sprawdzałem kilak razy dziennie i na dzień przed startem wszystko miałem zaplanowane, przygotowane i dopięte na ostatni guzik, nic a nic nie mogło mnie już zaskoczyć. Czyżby? Prognozy pogody zapowiadały mroz na pierwsze dni wyzwania i silny wiatr, który powodował, że temperatura odczuwalna spadała o kolejne 5 stopni i pozostawała na poziomie odczuwalnych -7/-8 stopni C.

Gotowy na wszystko HAHA

Dzień pierwszy,

czyli dzień ubierania choinki, stania w kuchni i przygotowywania Świąt i oczywiście kolacji Wigilijnej, nie mogło zabraknąć w tym wszystkim kilku godzin na rowerze. Wystartowałem z rana, plan był prosty, wykorzystać chwile czasu i podskoczyć do Nałęczowa to jakieś 25 km jazdy od mojego miejsca zamieszkania. Kolejny punkt  programu na dzień pierwszy, to test wybranych przeze mnie ubrań. Dzień był ładny, momentami nawet wychodziło słońce, jednak temperatura odczuwalna około -7 stopni i silny wiatr dawały się we znaki, ale jechało się dobrze. Do 15 kilometra wszystko było super, gdy nagle w małej miejscowości pod Lublinem zaatakował mnie pies, wielkości źrebaka, na szczęście droga była pusta i udało mi się zrobić unik przed jego zębami, musiałem jednak zmienić drogę powrotną, aby nie ryzykować kolejnego spotkania z jego paszczą. Powrót tą samą trasą był już dla mnie niestety nie możliwy. Po około dwóch godzinach i 50 km wróciłem do domu gdzie czekały na mnie moje Misiaki, zaciekawione czy bardzo zmarzłem. Ubrania zdały test bardzo dobrze i jedyna cześć ciała która mi odmarzła i w której straciłem czucie, to oczywiście stopy, ze szczególnym wskazaniem na palce u stóp. Szczerze to byłem przerażony jak sobie z tym poradzę, optymizmem napawała mnie myśl, że reszta ubrań zapewniała komfort jazdy.

Dzień drugi,

znowu nie ma czasu na rower, wiec zaplanowałem krótki rozjazd na dwie godzinki w okolicach Lublina. Temperatura była wyższa, o dwa stopnie niż dzień wcześniej, wiec ubrania nie zmieniałem, jedyne co to założyłem dwie pary ciepłych skarpet, jak się później okazało był to błąd, bo jeszcze bardziej zmniejszyło to krążenie krwi w stopach. Wynika to z tego że mam zbyt dopasowane buty aby można było do nich włożyć dwie pary skarpet, ehh stopy znowu zamarzły. Dziwnie się czułem jeżdżąc rowerem w pierwszy dzień Świąt, gdyż na mojej trasie nie spotkałem żadnych innych rowerzystów, za to widziałem dziwne spojrzenia ludzi odświętnie ubranych. Drugi dzień jazdy obył się bez ataków psów wielkości koni, małe pieski też nie chciały się mną pożywić, ale zaobserwowałem coś innego, w każdej małej wiosce, wsi, miasteczku pod Lublinem, chyba każdy gospodarz chciał przywitać swoich gości domowym ciepłem, wiec z większości napotkanych kominów wydobywały się tumany gęstego czarnego dymu. Stanowczo odbierało to przyjemność z jazdy. Myślę że nasza lubelska kopalnia węgla Bogdanka ma super żniwa w okresie około świątecznym, bo pewnie tak jak większość Polaków kupuje za dużo jedzenia tak i pewnie Ci sami ludzie dorzucają do koszyka z zakupami dodatkową tonę węgla, dla przywitania gości przegrzaną chałupką lub ewentualnie w celu podduszenia kogoś kto wpadnie na pomysł pojeżdżenia na rowerze. Po dwóch godzinach jazdy i 50 kilometrach z odmrożonymi stopami wróciłem do domu i zasiadłem za stołem włączając mój gazowy piec, nikogo nie trujący.

Dzień trzeci.

Co? jeszcze 400 km i 5 dni, czyli średnia ilość kilometrów wzrosła właśnie do 80km na dzień, bo w sylwestra nie będę jeździł, nie było by w tym większego problemu gdyby nie to że po godzinie jazdy nie czuje już palców u stóp. Na szczęście w poniedziałek temperatura dopisała było kilka stopni powyżej zera, niestety porywy wiatru wciąż były mocne. Słoneczko zachęcało do jazdy a i stopy miały się znacznie lepiej. Trasa na ten dzień to okolice Lublina, i zalewu Zemborzyckiego trochę przejazdów po lesie i leśnych ścieżkach, bez psów, bez kopcących kominów. To był super dzień na rower, a i kolarzy było już znacznie więcej na trasach. Dzień zakończyłem ze 103 kilometrami na liczniku.

Dzień czwarty,

to jest jakiś super pogodowy kataklizm. Meteo.pl pokazywało że będzie wiało około 50 km/h, a porywy dochodzić będą do 90 km/h i niestety meteo się nie myliło. Tak wiało że aż przesuwało mnie z rowerem na drodze, temperatura +2 stopnie. a odczuwalna -5, hmmm czy czegoś jeszcze brakuje? No pewnie zaczęło padać, deszczyk nie jakiś mocny, ale po około 4 godzinach jazdy miałem wrażenie. że od kilku godzin moje stopy znajdują się w basenie lodowatej wody. Najgorsze jest jednak w tym. że przez ten wiatr czas mijał, a kilometry nie przybywały, w dodatku z chęci ucieczki przed smogiem i dzikimi psami postanowieniem pojeździć w około zalewu Zemborzyckiego. gdzie wiatr był jeszcze bardziej odczuwalny, ahh te moje pomysły. Dzień zakończyłem z 96 km dołożonymi do całkowitego dystansu.

Dzień piąty,

wraca dziadek mróz, wychodzę wieczorem z planem pokręcić się trochę po mieście i ścieżkach rowerowych, przede wszystkim dlatego że w mieście jest trochę cieplej, trochę mniej wieje i jest jasno. Wiatr tego dnia był już słabszy, porywy do 55km/h to przecież żaden problem. Nie ryzykowałem z kolei jazdy wieczorem w okolicach Lublina, a to z tego względu że w lubelskim są raczej słabi kierowcy i chyba nie przepadają za rowerzystami którzy to mają prawo zabrać metr szerokości ich własnej prywatnej szosy z której to korzystają przecież każdego dnia jeżdżąc do pracy i z powrotem. Wybrałem jazdę po mieście i tak było super, do póki nie zaliczyłem jak się później okazało ostatniej w tym roku gleby, tylko przez to że nie dokończona ścieżka rowerowa nie byłą w żaden sposób oznakowana i nagle nawierzchnia z kostki brukowej z której była zbudowana, skończyła się mięciutkim piachem w którym przednie koło mojej szosy zatonęło momentalnie i z moim rowerem zabawiłem się w byka i torreadora, przy czym rower był bykiem, który przerzucił mnie przez swoje rogi. Stłuczone kolano zdarty bark i wiązanka nie cenzuralnych słów, taki był efekt jazdy po miejskich ścieżkach, ale najważniejsze że piąty dzień zakończony został z 60 kilometrami i fajną wieczorową jazdą po mieście.

Dzień szósty,

zostały dwa dni jazdy i plan po 70 km na dzień. Pogoda była bez zmian, trochę padało, trochę wiało, temperatura była trochę poniżej zera. Trzeba było porostu pedałować przed siebie dorzucając kolejne kilometry. Czwartek czyli trzeci dzień po Świętach uświadomił mi rzecz której nie zaplanowałam przed rozpoczęciem Raphy 500. Mam ochotę ogłosić tutaj konkurs z nagrodami, na to kto odgadnie co to było?…. Żartuje powiem Wam. Zawsze po Świętach jedzenie ze Świąt było dojadane u mnie w domu do samego sylwestra, tym razem skończyło się ono na trzy dni przed sylwestrem i to nie dlatego, że było go mniej niż co roku, problemem był mój wydatek energetyczny który musiałem pokryć w kaloriach i wyjadałem Wszystko co się dało z lodówki, powodując szybki jej opustoszenie. Na szczęście moje Misiaki pojechały do babci uczyć się piec pasztet i przywiozły ogromna blachę pysznego pasztetu. Mogę napisać pasztet mnie uratował.

Dzień siódmy,

w nocy spadł śnieg reszta pogody bez zmian. Tego dnia mój licznik pokazał 503 km i na tym skończyłem Raphe 500. Za rok na pewno powtórzę, nie ważne jaka będzie pogoda.

Dzień osmy,

miałem jeszcze ochotę wyjść dołożyć jeszcze 50 km aby być wyżej w klasyfikacji niestety czasu już nie starczyło :(. 503 km dało miejsce miedzy 110 a 116 wśród zawodników z Polski .

Polecam.