Drugie zawody czyli powalczymy z rycerzami na zamku

Drugie zawody czyli powalczymy z rycerzami na zamku

17 lutego 2017 0 By marek

Kolejne zawody na które się wybrałem to Castle Triathlon Malbork na dystansie 1/2 Iron Mana, które odbyły się w 2015 roku. Zdecydowałem się na udział w nich, na dwa miesiące przed startem. Retrospekcja sprzed zawodów…

Po ostatnim triathlon sprint w którym brałem udział było trochę problemów ze zdrowiem, co skutecznie wykluczyło mnie z treningów w roku 2014, ale o tym już zapomniałem 🙂

Cel, miałem. Chciałem ukończyć 1/2 Iron Mana (2km pływanie, 90km rower i 21km biegu) nie planowałem tego zrobić w żadnym konkretnym czasie, to znaczy musiałem w ciągu 8 godzin bo taki był limit czasowy, ale miałem bardzo cichą nadzieje że powalczę o czas 6:00 – 6:15. Najważniejsze było dla mnie ukończenie i nie zejście z trasy w czasie zawodów, z powodu braku siły.

Były to pierwsze zawody w których chciałem wystartować od pamiętnej rozmowy z Marcinem, sprzed dwóch lat, podczas której postanowiłem że ukończę kiedyś dystans 1/2 Iron Mana. Malbork od Lublina dzieli minimum 500 km. Więc było to dla mnie też wyzwanie logistyczne, na środek transportu wybrałem mój samochód, na nocleg wybrałem miejscowość Świecie nad Wisłą gdzie mieszka moja babcia. Czyli połączyłem start z odwiedzinami, jedyny problem jaki miałem, był rano przed zawodami, niestety musiałem dojechać ponad 100 km do Malborka. Jednak warto był spać u babci, jak dowiedziała się że muszę jeść dużo to uwierzcie mi tym co przygotowała na wyżerkę najadła by się armia małego kraju.

Dzień przed zawodami udałem się do Malborka w celu zapoznania się z dojazdem do miejsca startu, wstawienia roweru do strefy zmian i odebrania pakietu startowego. Zalecam Wam jeśli to oczywiście możliwe abyście przyjechali dzień wcześniej na miejsce startu zobaczyli jak organizatorzy zaplanowali wioskę startowa, jak wygląda strefa zmian miedzy dyscyplinami, im mniej będziecie mieć na głowie w dzień startu tym lepiej będziecie mogli się skoncentrować na samych zawodach. Po drugie, to fajnie jest dzień wcześniej pogadać z innymi zawodnikami, czy z organizatorami, większość zawodów ma organizowane tak zwane pasta party dzień przed zawodami, moim zdaniem jest to super inicjatywa, niestety ze względu na odległość jaką miałem do pokonania do noclegu nie miałem czasu i siły zostać na wieczorne spotkanie, po za tym już i tak cały dzień bylem w trasie bo jechałem z Lublina.

Jest uśmiech wiec musi być super

Plan dnia przed startowego wykonałem, czyli odebrałem pakiet startowy, rower wstawiłem do strefy zmian, zapoznałem się z trasa no i obejrzałem akwen w którym będę płynął dnia następnego. W Malborku pływamy w zamkniętej części rzeki Nogat u podnóża pięknego malborskiego zamku.

Pierwsze zawody, moje prawdziwe zawody triathlonowe. Musze przyznać ze stres przedstartowy był ogromny, jednak możliwość przetestowania się w prawdziwym starcie to coś co daje na tyle dużo pozytywnych emocji że myślicie tylko o wystrzale startowym.

Pogoda nie zachęcała do spacerów

No wiec czas zacząć, delikatna rozgrzewka na początek, następnie zaniosłem bidony i zele energetyczne do strefy, sprawdziłem rower i dopompowałem opony. Pozostało mi tylko założyć piankę do pływania i muszę przyznać, że tego obawiałem się najbardziej, bo nigdy wcześniej nie pływałem w piance w otwartym akwenie, po przebraniu stanąłem na starcie i czekałem na komendę wejścia do wody, gdyż start w Malborku jest „z wody” czyli wszyscy zawodnicy muszą być miedzy bojkami startowymi i wtedy następuje sygnał startowy. Musze przyznać ze dystans 30 metrów od wejścia do wody do linii startowej był dla mnie trudny, miałem wrażenie ze pianka zgniata moje płuca przez co nie mogę oddychać, odchyliłem wiec trochę piankę przy szyi wpuszczając trochę wody do środka, pomogło i to bardzo, z czystym sercem polecam wam ten manewr. No to start!

No i kto niby powiedział że pływanie na basenie jest super, po tamtym starcie już wiem, basen to nuda nie ma w nim nic zaskakującego, ciekawego i niebezpiecznego. Basen to jak by co kilkanaście sekund ściana/ściana/ściana/ściana i tak na przykład 100 razy, nuuuuuuuuuuuuda na basenie jesteście jak piłeczka pingpongowa odbijająca się miedzy ścianami. Natomiast otwarty akwen i 250 osób płynących do tej samej boi, osób które nie są pogrupowane pod względem umiejętności i szybkości pływania jest suuuuuuuuuuuuuuuuper, na pewno można nazwać to sportem ekstremalnym :). Zdarza się że ktoś wpływa na Ciebie, czasem Ty wpływasz na kogoś, jesteś szarpany za nogi lub wciągany pod wodę, bywa że oberwiesz czyjąś piętą w twarz. Najlepsze są przepychanki przy nawrocie przy boi, bo każdy musi skrócić sobie dystans o te 2 metry i przepłynąć przy samej boi. Tak w tym pływaniu nie ma nudy, jedyne co mi przeszkadzało to non stop parujące okularki przez które ciężko zlokalizować cel trasy, dowiedziałem się od bardziej doświadczonych współzawodników, że trzeba stosować spray antyfog do okularków, niestety dowiedziałem się o tym dopiero po zawodach. Moje pierwsze 2 km pływania pokonałem w 39:11 co dało mi 120 miejsce.

Nadszedł czas na moją pierwsza zmianę z pływania na rower i to była jedna wielka masakra, brak doświadczenia w tej materii odzwierciedlał mój czas czyli 11:57 miejsce 245 to chyba jeden z ostatnich czasów. Największym problemem było dla mnie zdjęcie pianki zmarzniętymi rękoma, a mokra pianka zasysa się do skóry, dlatego ręce i nogi należny posmarować oliwka, przed założeniem pianki, niestety wiem to dopiero dzisiaj. No nie ważne, straciłem na tej zmianie strasznie dużo czasu, prawie 12 minut zawodowcom pewnie starczyło by to jeszcze na zjedzenie schabowego o ile jedzą kotlety 🙂 dla mnie ważne że już siedziałem na rowerze.

Przede mną 3 pętle każda po 30 km, a pogoda nie dopisywała, wiał bardzo silny wiatr. Było tak wietrzne ze Ci którzy mogli zdjęli dyski z kół w rowerach triathlonowych, bo nie dało by się z nimi jechać. Przy bocznym wietrze trzeba było wychylać się w kierunku do wiatru żeby utrzymać się na rowerze, trasa w większości przebiegała miedzy polami i nie było się gdzie schować od wiatru. Czas w jaki przejechałem te 90 km to 03:07:04 i 154 miejsce przejazdu.

No wiec odstawiam rower, zakładam buty do biegania i biegnę w trasę 21 km, czas zmiany 05:14 i miejsce 187, po czasie można chyba wnioskować ze zjadłem jakiś rosół bo niby gdzie straciłem te 5 minut? a jednak, po prostu je straciłem. Ważne że już biegłem, niestety zaczął padać deszcz, jednak na tym etapie było mi już wszystko jedno jaka jest pogoda, ważne aby poruszać się do przodu.

Biegnie się w okół zamku i na jego dziedzińcu, piękne miejsce.

Po 7 km trasy dopadł mnie niestety ból kolana co uniemożliwiło dalszy bieg i pozostało mi powolne człapanie na przemian z podbiegami w kierunku mety , to było najgorsze co mogło mnie spotkać i równie co nie planowane to załamujące. No nic z trasy zejść nie chciałem i dobiegłem w czasie 02:15:59 co dało 207 miejsce biegu.

Czas całkowity 06:19:25 i 187 miejsce w kategorii OPEN.

Podsumowanie SUPER SUPER SUPER, jeśli jesteście w stanie musicie tego spróbować, impreza przygotowana świetnie, klimat świetny, ludzie świetni. Teraz pozostało planowanie kolejnych startów, czasów do pobicia no i powrót do Lublina :).